Festiwal Muzyki Awangardowej

Kino Kwaśnych Filmów "Cytryna", Łódź, 15.IV.1994

Festiwal to za dużo powiedziane - po prostu jeden większy koncert. Ale za to jaki! Skoro tam trąby nie byliście, to podamy instrumentarium każdego zespołu, co aby troszkę klimat przybliżyć:

      SCHISTOSOMA - ze Staszowa - zwięzłe, krótkie utworki, w ich rytmach z taśmy czaił się erotyczny pląs - ludzie zaczynali się nieśmiało gibać... Zresztą szef przyznał się, że raczy się ostatnio dobrym tekno. Zdecydowanie najlepszy ich program - awangarda, o której nikt nie powie, że jest mroczna i udziwniona. Swingująca muzyczka, piękna i mądra, z altówką dodającą całości jeszcze większego polotu. Toteż ludzie wysłuchali jej z niemałą radością, mimo, iż grali zdecydowanie za krótko (chyba rzeczywiście uczucie niedosytu jest... pocieszające). Materiał grany na tym koncercie został już przez grupę zarejestrowany ["Wpływ"] - przyznam, że nie zachwyca tak, jak na koncercie. Pewnie dlatego, że koncert zapadł mi w mózg, a nie ma to jak na żywo. Ale Obuh wydał kasetę z wyborem ich nagrań ["D.O.M."] - inne niż to co teraz, ale wyborne!

      SPEAR - łódzkie trio: sampler (umiejętnie wykorzystany, niekiedy wręcz z rockową nonszalancją), krzykiem śpiewająca kobieta i konga. Sztuka improwizacji prawie bez zagubienia się w niej i w sobie - dramatyczne sytuacje, silna ekspresja samego siebie. Dali się ponieść temu, co grali. Psychoanaliza. Wyświetlany film był akuratny. I całkiem miły, bez scen z rzeźni, jak to często bywa. Słowem clip na żywo.

      TRYMIGI - Ci to dopiero byli pocieszni! Przywołanie klimatu San Remo: panowie w błyszczących strojach, kobieta obsługująca w zwiewnej koszulinie adaptery i wirówkę, czasami słychać trąbę domowej roboty, no i taśma z tanecznymi rytmami - wszyscy się przy tem dobrze bawili, bo to tekno z dużym poczuciem humoru i niezłym odjazdem (można by to nazwać happeningiem). Mimo, iż ludzie jakoś nie tańczyli, to i tak było widać, że odbierają owe tanneczne dźwięki (i obrazy - film był również, i światła migoczące) całym ciałem. Sam zespół bawił się tak dobrze, że skończył dopiero, gdy ludzie mieli już dość i zaczęli wychodzić.

      ZA SIÓDMĄ GORĄ - transowość z rockową proweniencją (dwa basy, klawisze + elektronika, skrzypce, perkusja, konga, gong). Coraz więcej rockowej melancholii. W ogóle ich muzyka staje się coraz barwniejsza. Zresztą może widzieliście ich clip "Pieśń dziadowska" (nagrodzony na Yach Film Festiwal za... oryginalność)? Sam Wojcek wyznał, że im właściwie nie chodzi o muzykę, tylko o kamień filozoficzny, by zawrzeć (a może wyrazić?) w swej muzyce ducha. Czyli muzyka poszukująca w dosłownym znaczeniu - nie tyle formalnie, co duchowo. Tak twierdzi szef. Tylko dlaczego śpiewa po angielsku?

      PIES - rewelacja z Lublina, wręcz nadzieja polskiego rocka. [revelation from Lublin!] Płytę dopiero nagrywają, wyda ją Obuh (piszę o tym, bo ludzie na koncercie dopytywali się o ich nagrania, oj, dopytywali!) . Trzymająca całość w garści wiolonczelistka oraz trzech kolesi na różnych elektronicznych przeszkadzajkach tworzących industrialny powiew - jeden z nich nawet w dwóch (niestety tylko) utworach "zaśpiewał" - ni to ludowy zaśpiew, ni deklamacja, ni seplenienie. Może jeszcze nie było tak genialne, jak w wykonaniu Adasia Struga, ale swobody wokalnej pogratulować. Utwory (pieśni bez słów?) skomponowane i zaaranżowane przez wiolonczelistkę (przydało się klasyczne wykształcenie). Każdy utwór - aplauz publiczności, aż się wykonawcy musieli uśmiechnąć. Kameralna piękność dnia, a raczej wieczoru (oczywiście dla samej siebie, a nie w porównaniu z innymi kapelkami, gdyż każda z nich to "inksza inkszość"). I ponoć na każdym koncercie grają całkowicie inny program.

skoro w końcu nie ukazało się żadne wydawnictwo Psa i już się nie ukaże, bo grupy już nie ma i nie będzie, to postanowiliśmy zamieścić cztery fragmenty tego koncertu. Mimo, iż są bardzo kiepskiej jakości:
unfortunately there is no and there will be no any record of Pies, which doesn't exist any more, so we put some music from this concert (although there are bad quality samples):

live play fragment I save as

live play fragment II save as

live play fragment III save as

live play fragment IV save as

      Panna odeszła i z Psa zrobił się RONGWRONG. Na koncercie jest tak, jak z kasety - trzech zgrzytających panów. Jeśli tam jest jakaś tajemnica, to dla mnie nieprzenikniona.

      KSIĘŻYC niestety nie przyjechał (ponoć z powodu jakichś zarzutów ze strony rodzimego Bractwa Ubogich). Na osłodę można było nabyć ich singielek. Choć to tylko namiastka koncertu, ale za to jaka! Płytka, która bez żadnych kompleksów może reprezentować polską muzyczkę na całym świecie - serdeczna muzyka dla ludzi o otwartym sercu i umyśle, dla tych, co mogą i potrafią świętować każdą pełnię. Albo próbują fruwać.

      Wojcek z Obuha rozpromienił - jeszcze nigdy nie sprzedał naraz tylu swych wydawnictw, co na tym intensywnym koncercie bez rozdźwięku między wykonawcami a publiką. Awangarda bez napuszoności i "nieadekwatnej sztuczności", na jaką łatwo się natknąć przy spotkaniach z awangardą w galeriach sztuki. Może to dlatego, że rockowe (czyli jakieś takie ludyczne) korzenie (może dusze, albo duszki?) wykonawców chronią ich przed tym?